03 kwietnia 2015

TEXAS | KOSMONAUCI I KOWBOJE



Miasto Bandera - stolica Kowboi, a w niej Teksas w czystej postaci czyli 11th Street Cowboy Bar. To znaczy: przyjdź ze swoim stekiem, a my zapewnimy resztę: grille na których upieczesz swojego steka, muzykę na żywo i tańce oraz świetną atmosferę. Pomimo przywdziania maskujących barw, czyli koszuli w kratę (kapeluszy się nie dorobiliśmy), zdradziły nas plecaki (turyści!) więc miejscowi bardzo chętnie nas zagadywali i służyli pomocą przy smażeniu mięsa. Mi się nawet trafił soczysty jak stek przytulak od dwóch wielkich kowbojów...
Raczej nie jadam wołowiny i stek kojarzył mi się do tej pory z twardą podeszwą, ale nie mogłam sobie odmówić zjedzenia chociaż kawałka steka w stolicy najlepszej wołowiny na świecie. Mogę tylko powiedzieć, że było to niebo w gębie i na dodatek przyrządzone własnoręcznie przez P. więc smakował podwójnie dobrze.
Jeśli kiedyś będziecie w okolicy to koniecznie zajrzyjcie do Bandery. Grilowanie jest w każdą środę.


















Prosto od Kowboi udaliśmy się do Kosmonautów czyli do Space Center NASA w Houston. Mimo, że rozrywek jest cała masa i czujesz się jak w Disneylandzie, to jedno miejsce robi niesamowite wrażenie. Jest to pokój Historic Mission Control, z którego kierowane były wszystkie misje Apollo i kilka Gemini. Czuć tam historię, która tak pięknie została opowiedziana przez pracownika Centrum, że większości zwiedzających zaszkliły się oczy. Tam padły słynne słowa "To jest mały krok dla człowieka, ale wielki skok dla ludzkości" w trakcie misji Apollo 11, oraz "Houston, we've had a problem", kiedy w Kosmosie był Apollo 13. Naprawdę można się wzruszyć.






















Obróbka zdjęć: VIVID PRESETS

24 marca 2015

TEXAS | JUST PASSING THROUGH



To była nieśpieszna podróż, bez konkretnego planu. Każdego dnia decydowaliśmy gdzie jedziemy i co będziemy robić. Nie chciałam czuć oddechu uciekającego czasu na plecach. Chciałam cieszyć się chwilą.
W podróży wracam do moich fotograficznych korzeni. Jest to takie "moje" fotografowanie, bez ciśnienia i dla własnej przyjemności. Większość obrazów zostawiłam w głowie, zrobiłam mało zdjęć jak na miesięczną podróż. Nawet P. przyzwyczajony do moich reakcji (czyli ataku paniki kiedy widzę, że ciekawy kadr może przejść mi koło nosa), dziwił się, że nie chcę zatrzymywać samochodu co pięć minut aby zrobić zdjęcie.
Z każdym dniem czułam, jak bycie w podróży oczyszcza mój umysł z miliona niepotrzebnych informacji, które codziennie, chcąc, nie chcąc, pakuje się do głowy. W takich momentach czuję się najlepiej, nieskrępowana wymaganiami i oczekiwaniami innych, bez codziennej gonitwy i milionem spraw do ogarnięcia. Liczy się tylko tu i teraz.

Na czas podróży zostawiliśmy wszystko po drugiej stronie Oceanu. Zmieniliśmy naszą rzeczywistość i czuliśmy się z tym naprawdę bardzo, bardzo dobrze.
Pod koniec podróży, czułam totalną euforię i potworną chęć wydłużenia tej chwili... aby trwała wiecznie.

Nasza podróż zaczęła i skończyła się w Teksasie.  Największym i najdziwniejszym stanie USA. Mieliśmy spędzić w Teksasie większą część naszej podróży ale wyszło zupełnie odwrotnie.  Jazda przez ten stan jest naprawdę nużąca, ale wynagrodzi Wam to zjedzenie najlepszego steka oraz BBQ w waszym życiu  i pogawędka z ciekawymi osobowościami w kapeluszach i kowbojkach...

I pamiętajcie:  Don't mess with Texas!



 







 


















































Obróbka zdjęć: VIVID PRESETS