Wjechaliśmy do Death Valley od zachodniej strony, która jest rzadziej wybierana przez turystów. Można jechać przed siebie i przed długi czas nie minie cię żaden samochód.
Noc spędziliśmy na campingu Panamint Springs. Naszymi sąsiadami byli dwaj starsi panowie którzy przemierzali Death Valley na rowerach oraz kilka camperów - ulubiony sposób podróżowania Amerykanów. Wcale im się nie dziwię, sami z chęcią przejechalibyśmy Amerykę takim domem na kółkach. Kto wie, może następnym razem. :)
Zmiana czasu ciągle dawała o sobie znać, budziliśmy się o 4-5 rano. To akurat było nam na rękę bo nie traciliśmy cennego czasu, tym bardziej, że ciemno robiło się koło 18, a o 20 już smacznie spaliśmy.
 |
| Wschód słońca na naszym campingu. |
Ruszyliśmy w głąb doliny. Miałam wrażenie, że tutaj ziemia nie jest okrągła tylko ciągnie się w nieskończoność. Miałam odczucie, że jestem na innej planecie..
W radyjku nic nie leciało... w Death Valley nie ma zasięgu. Telefony nie działają, radyjko też nie gra.
 |
| Co jakiś czas można zjechać z trasy i pozwiedzać ciekawe punkty na mapie Death Valley. Tutaj Mosaic Canyon |
 |
| Na pierwszym planie Sand Dunes |
 |
| Sand Dunes. |
 |
| Devils Golf Course |
 |
| Natural Bridge |
 |
| Badwater Basin - wyschnięte słone jezioro położone 85,5 metrów poniżej poziomu morza. |
Poprzednie wpisy On the Road: