20 stycznia 2013

On the Road - Death Valley

Wjechaliśmy do Death Valley od zachodniej strony, która jest rzadziej wybierana przez turystów. Można jechać przed siebie i przed długi czas nie minie cię żaden samochód. 
Noc spędziliśmy na campingu Panamint Springs. Naszymi sąsiadami byli dwaj starsi panowie którzy przemierzali Death Valley na rowerach oraz kilka camperów - ulubiony sposób podróżowania Amerykanów. Wcale im się nie dziwię, sami z chęcią przejechalibyśmy Amerykę takim domem na kółkach. Kto wie, może następnym razem. :) 
Zmiana czasu ciągle dawała o sobie znać, budziliśmy się o 4-5 rano. To akurat było nam na rękę bo nie traciliśmy cennego czasu, tym bardziej, że ciemno robiło się koło 18, a o 20 już smacznie spaliśmy. 

Wschód słońca na naszym campingu.

Ruszyliśmy w głąb doliny. Miałam wrażenie, że tutaj ziemia nie jest okrągła tylko ciągnie się w nieskończoność. Miałam odczucie, że jestem na innej planecie..

W radyjku nic nie leciało... w Death Valley nie ma zasięgu. Telefony nie działają, radyjko też nie gra.








Co jakiś czas można zjechać z trasy i pozwiedzać ciekawe punkty na mapie Death Valley. Tutaj Mosaic Canyon


Na pierwszym planie Sand Dunes


Sand Dunes. 







Devils Golf Course
Natural Bridge




Badwater Basin - wyschnięte słone jezioro położone 85,5 metrów poniżej poziomu morza.




15 stycznia 2013

On the Road - Darwin

Tuż przed Death Valley na końcu "drogi donikąd" leży miasteczko Darwin. Założone w 1874 roku jako górnicze miasteczko, dzisiaj liczy około 35 mieszkańców. Tutaj czas się zatrzymał, a mieszkańcy żyją własnym rytmem.




Chcieliśmy wysłać kartki ale poczta była zamknięta  :)











Poprzednie wpisy On the Road:


12 stycznia 2013

On the Road - Road to Death Valley

Po dwóch deszczowych dniach w San Francisco wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy w poszukiwaniu słońca do słynnej Doliny Śmierci - najbardziej suchego miejsca w Ameryce oraz jednego z najgorętszych miejsc na ziemi. Latem temperatury sięgają tam 45°C.
Jednak zanim tam dotarliśmy dane nam było zobaczyć niezwykły spektakl światła i chmur i poczuć przedsmak Death Valley. Dojechanie na miejsce trochę nam zajęło bo co chwilę zatrzymywaliśmy się aby zrobić zdjęcie. P. wykazał się mega cierpliwością na moje okrzyki zachwytu i ciągłe prośby o zjechanie na pobocze. :) Chociaż obiecałam sobie, że nie będę pstrykać jak najęta po prostu się nie dało...
Pierwszą część trasy przebyliśmy autostradą w okropnych deszczowych warunkach więc nie widzieliśmy kompletnie nic za szybą samochodu. Zatrzymaliśmy się na noc w miejscowości Mojave i rano przenieśliśmy się do innego świata. Świeciło piękne słońce,  naokoło gdzie okiem sięgnąć piaszczysto - żwirowa pustynia Mojave...

a w radyjku leciało....









W tle góry Sierra Nevada.




Dopadła mnie mała piaskowa zawierucha... akurat jak zmieniałam obiektyw...  fot.P.

Chyba pierwszy raz w życiu widziałam całą tęczę :)


Owens Lake - wyschnięte jezioro leżące pomiędzy Sierra Nevada Mountains a Inyo Mountains.



Miasteczko Lone Pine.










Nasz dzielny samochodzik w trasie.
Urocze drzewka Joshua Tree. W południowej części Kalifornii jest Joshua Tree National Park który warto odwiedzić. Nam już niestety nie udało się tam dotrzeć.




Tutaj wcześniejsze wpisy: